[powrót na Imprint]
Główne tezy Roberta Krasowskiego zawarte w
artykule "Dramat peryferyjnego rozumu" na temat poglądów
prof. Staniszkis
Poniższy tekst nie jest
rekonstrukcją poglądów Jadwigi Staniszkis. Jest subiektywną
opowieścią Krasowskiego o ich znaczeniu. Krasowski w 1989 roku miał 23
lata i chciał zrozumieć, co się wokół niego dzieje. Czytając
Staniszkis, dopiero w 2001 roku, po lekturze "Postkomunizmu", znalazł
do niej klucz.
Państwo wyzbyło
się kompetencji
Z początku Staniszkis
kierowała silne
pretensje do polskich polityków. Pokazywała, że proces
obumierania państwa dokonywał się przy ich biernej aprobacie, że nie
rozumieli nawet, iż większość umów harmonizujących przepisy
polskie z europejskimi lub globalnymi nie dotyczy spraw technicznych,
ale podstawowych. Że państwo wyzbywa się kolejnych kompetencji. Potem
jej opis stał się ciekawszy, globalizacja zaczęła być opisywana jako
siła, wobec której peryferie są w istocie bezradne.
Samobójczy
węzeł dla naszych krajów
Rzeczywistość układała
się dla
peryferii w kolejny samobójczy węzeł. Żaden peryferyjny
kraj, z
Rosją na czele, nie mógł sobie pozwolić na odrzucenie
globalizacyjnych warunków, nie mógł nie wejść do
światowego obiegu, bo to było warunkiem ekonomicznego przetrwania.
Kłopot w tym, że globalizacja ma swoją szczególną logikę:
jest
dostosowywaniem reguł słabo rozwiniętych peryferii do instytucji
rozwiniętego centrum. Z punktu widzenia centrum wydaje się to
szerzeniem postępu, dla peryferii jednak nie jest to takie oczywiste.
Tracą one bowiem instrumenty, z pomocą których w niższej
fazie
rozwoju chroni się swoją gospodarkę - instrumenty ważne,
których
kiedyś używało także centrum. Globalizacja jest formą wymuszenia
dojrzałości przy zabraniu narzędzi, które do tej dojrzałości
prowadzą. Kryzys finansowy w Rosji w 1998 roku Staniszkis potraktowała
jako dowód, że postkomunistyczne państwo straciło możliwość
działania.
Mamy
twór - zlepek niepasujących fragmentów
Kiedy pochyliła się nad
tym
zjawiskiem, dostrzegła jednak, że kłopot jest poważniejszy. Państwo
zostało nie tylko okrojone, ale przede wszystkim rozstrojone. Stało się
zlepkiem niepasujących do siebie fragmentów. W Polsce jedna
jego
część została przestawiona na realizowanie celów wymaganych
przez globalizację, inna natomiast została uformowana przez wymogi
europejskiej integracji Jeszcze inna to prywatne podmioty,
którym państwo przekazało swoje obowiązki - m.in.
zarządzanie
funduszami emerytalnymi czy prowadzenie prywatyzacji. Powstał
twór, którego elementy nie zostały do siebie
dopasowane.
Polska - to nie
jest jedno państwo
To nie jest jedno
państwo, ale kilka
zupełnie różnych. Ich niespójność możemy sobie
wyobrazić
jako parafię, którą wspólnie prowadzą imam,
ksiądz i
rabin. Kłopoty we współpracy nie są kwestią techniczną, oni
naprawdę pochodzą z odmiennych światów, których
kryteriów nie da się uzgodnić.
Kolonia Zachodu?
Nie znaczy to, że
jesteśmy kolonią Zachodu. Nikt nas świadomie nie eksploatuje.
Sytuacja bez
opisu
Problem polega na czym
innym: znowu
nie udało się dopłynąć do bezpiecznej przystani. Ani wejść na pokład
czegoś, co poruszałoby się wedle naszej woli. Peryferie dryfują. Nasz
rozwój jest gdzieś w połowie drogi, mniej zależy od nas, a
bardziej od zewnętrznych przypadków. A najgorsze jest to, że
znowu jesteśmy w sytuacji, której nie daje się precyzyjnie
opisać.
Fenomen upadku
komunizmu
Z początku pomyślałem, że
to zmowa, że
umysłowo dojrzali ludzie nie mogą poprzestać na
półproduktach. Z
czasem stało się jasne, że obserwujemy wydarzenia tak nagłe i głębokie,
że przerastają nasze percepcyjne możliwości. To nie była zmowa, lecz
bezbronność umysłu wobec świata, który rozpędził się jak
nigdy
dotąd. Zobaczyłem też, że nie jest to polska dolegliwość, że zachodnie
nauki polityczne również abdykowały. Fenomen upadku
komunizmu i
natury tego, co po nim nastąpiło, szybko przestał być problemem. Nie
dlatego, że go rozwiązano, ale ponieważ go nie zrozumiano.
Kontynuacja
starych polskich pytań
Jednak te najtwardsze
diagnozy
Staniszkis, testujące, co wokół nas jest realne, a co
jedynie
się takim wydaje, powszechnie uznano za umysłowe dziwactwo, za
chorobliwą podejrzliwość. Uznano błędnie, bo jej myślenie było tak
naprawdę kontynuacją starych polskich wątków ujętych w
języku
politologii, ekonomii i filozofii Hegla. Jeśli mam rację, pytanie
brzmi: co takiego ciekawego Staniszkis powiedziała w odpowiedzi na
stare pytania?
To co budujemy,
jest imitacją Zachodu
Wchodzę na grząski grunt
intuicji, ale
spróbujmy. Jej komunikat brzmi chyba tak: to, co
wymyśliliśmy w
odruchu peryferyjnej dumy, czyli komunistyczna modernizacja i wybijanie
- jak mówił Kroński - Polakom alienacji z głowy kolbami
karabinów, było sporą pomyłką. Nie tylko rosyjską, ale
generalną, peryferyjną. Ale to, co po 1989 roku wzięliśmy z centrum,
aby do niego wejść na jego warunkach, także nie jest receptą na sukces.
Tym razem cel jest sensowny, ale możliwości nadal zbyt małe. To, co
budujemy, jest imitacją, która z zewnątrz wyglądać może
podobnie, ale działa inaczej.
Lewica -
Prawica jest rytuałem
To jest właśnie
główna
„polska" teza Staniszkis. Instytucje Zachodu wędrujące na
Wschód działają inaczej. Nie budują świata takiego, z
jakiego
przychodzą, raczej wzmacniają ten, do którego przybyły.
Przykładów u Staniszkis można znaleźć kilka. Choćby podział
na
lewicę i prawicę, który w jej ujęciu jest w Polsce czystym
rytuałem. Nie buduje demokracji, ale poprzez swoją rytualność ją
niszczy. Pozwala politykom symulować istnienie politycznej
różnicy, podczas gdy w istocie jest teatrem maskującym
zmagania
pomniejszych interesów.
Atrapa Wolnego
Rynku udaje Zachód
Inny przykład to wolny
rynek,
ideologiczny konstrukt, który nigdy na Zachodzie nie
istniał,
został wypreparowany potem, by w wersji eksportowej Zachód
udawać. I w tej roli jest narzędziem spowalniającym budowę realnego
kapitalizmu na peryferiach.
Państwo nie
jest Władzą - pozoruje ochronę polskich interesów
Jest wreszcie samo
państwo,
które stanowi atrapę, nie pełni funkcji realnego zderzaka
wobec
globalizacyjnych żywiołów, ale jedynie ochronę pozoruje.
Mówiąc ostrzej: nie jest władzą, a raczej sposobem ukrycia
przed
obywatelami faktu nieistnienia władzy.
Wyeksponowany
szacunek dla prawa chroni postkomunistów przed
sprawiedliwością
Podobnych
przykładów można
znaleźć wiele, także poza jej książkami. Wprowadzony do Polski w 1989
roku szacunek dla prawa nie stał się instrumentem ochrony obywateli
przed bezprawiem, ale postkomunistów przed sprawiedliwością.
Swoboda wyższych uczelni nie była ochroną nauki przed polityką, ale
polityki (ludzi mających etaty z nadania PZPR) przed naukowymi
standardami.
Mimikra ukrywa
zacofanie
To, co na Zachodzie
znaczy jedno, na
Wchodzie może znaczyć coś zupełnie innego. Instytucje pochodzące z
centrum, na peryferiach pracują inaczej. A skoro pracują inaczej, to
warto rozpatrzyć hipotezę, czy podobieństwo peryferii do centrum nie
jest aby przebiegłą mimikrą. Warto spytać, co się kryje pod tym
płaszczem. Czy mamy w Polsce kulturę instytucjonalną, która,
zdaniem Bobrzyńskiego, jest gwarancją suwerenności? Czy mamy
ekonomiczną siłę, która, zdaniem Dmowskiego, jest warunkiem
stawienia czoła sąsiadom? Czy mamy duchowe piękno i moc, ów
polski mit, który dla Sienkiewicza jest warunkiem polskiego
istnienia?
Nie mamy
prawdziwego zachodu
Nie mamy. A co gorsza,
nawet gdybyśmy
mieli, to dla Staniszkis byłoby to za mało. Bo nie mamy u siebie
prawdziwego Zachodu, logika centrum nas nie objęła. Nikt tak mocno jak
Staniszkis nie odarł klasycznych polskich myśli ze złudzeń. Redukując
je do terapeutycznych strategii.